Tekst: Katarzyna Sałata

Paulę, której historia przejścia przez chorobę nowotworową piersi jest tematem naszej rozmowy, poznałam dokładnie dwa lata temu – 4 października 2018 roku. Wtedy po raz pierwszy przeczytałam na Facebooku jej bloga „Cześć – Mam raka” i zadzwoniłam, aby wyrazić podziw dla odwagi w walce z rakiem, szczerości i autentyczności w dzieleniu się, jak choroba wygląda z jej perspektywy. Zapytałam, czy mogłaby być naszą modelką podczas warsztatów dla brafitterek, które chcą nauczyć się, jak pomagać kobietom z różnicą wielkości piersi m.in. po operacjach oszczędzających i rekonstrukcji piersi. Paula się zgodziła. W tej części rozmowy poznacie pierwszy rok walki Pauli z nowotworem piersi.

Katarzyna Sałata: Jakie były początki choroby? Ile miałaś lat, kiedy usłyszałaś diagnozę: rak piersi?

Paulina Palenica: Miałam wtedy 31 lat. Pracowałam przy projekcie „Wyciągamy dzieci z bramy”, czyli codziennie po kilka, kilkanaście godzin spędzałam na ulicy z dziećmi ze Starego Polesia w Łodzi. I zauważyłam, że ze stanika wystaje mi taka bufka. Pomyślałam, że nie tak to powinno wyglądać i zdziwiłam się, że tylko na jednej piersi. I – jak się okazało faktycznie – przy wieczornym prysznicu wyczułam guza na tej piersi. Od razu pobiegłam do swojego męża w celu upewnienia się, czy on też go czuje. Powiedział, że coś tam jest i trzeba to sprawdzić. Następnego dnia z samego rana zadzwoniłam do lekarza – prywatnie, aby jak najszybciej zorganizować badanie i już wtedy lawina ruszyła. Idąc na pierwsze USG, słyszałam jeszcze teorię, że może to być po latach zwapnione mleko, ponieważ karmiłam syna piersią. Było to blisko kanału mlekowego. Przez miesiąc miałam to miejsce ogrzewać, robić gorące kąpiele, żeby zobaczyć, czy będzie jakakolwiek reakcja.

Rozumiem, że miałaś sprawdzić, czy ta zmiana się zmniejszy, czy zwiększy?

Tak, czy cokolwiek się zadzieje pod wpływem rozgrzewania. Jeśli byłyby to zwapnienia, przy gorących kąpielach coś by się mogło zmienić, prawda? Po miesiącu wróciłam na USG i nic się nie zmieniło. Zostałam wtedy skierowana do konkretnego lekarza – i to było moje pierwsze szczęście na drodze leczenia. Z USG piersi, na którym byłam po raz pierwszy w życiu, dostałam „strzałkę” do mojego cudotwórcy – lekarza onkologa. Umówiliśmy się na biopsję. Z biopsją jest ten problem, że czeka się na wyniki 3 tygodnie. Aczkolwiek już będąc na biopsji, wiedziałam, że coś jest nie tak.

1

15 października 2018 roku – Światowy Dzień Walki z Rakiem i pierwszy rok walki Pauli z rakiem piersi. Zdjęcie z bloga Pauli „Cześć-Mam raka”.

Po czym poznałaś, że jest coś „nie tak”?

Pod koniec lipca oraz po rozgrzewaniu tych miejsc – w węzłach chłonnych badanie nic nie wykryło. Natomiast przy trzecim USG, które jest standardową procedurą podczas biopsji, został znaleziony guzek w węzłach chłonnych. Także jadąc na planowaną biopsję guza z piersi, finalnie pobrane zostały wycinki z dwóch miejsc: z piersi i z węzłów chłonnych.

MAGICZNA DATA

Pamiętasz, kiedy to było?

To było pod koniec września 2017 roku. Czekanie na wyniki biopsji było najdłuższym etapem na początku leczenia. Wiele się wtedy działo, bo nasz syn miał mieć w październiku zabieg wycięcia migdałków. Przez cały wrzesień został w domu, aby mógł tę operację przejść. I to wszystko zeszło nam na magiczną datę 10 października 2017 roku.

Jak wyglądał ten dzień?

Byłam już z Antkiem w szpitalu, szykując się do zabiegu usunięcia migdałka. Mój syn miał 4 i pół roku. Dostałam wtedy telefon od mojego lekarza – chirurga onkologa, który zadzwonił i powiedział: „Dzień dobry, pani Paulino. Musi pani do mnie przyjechać i musimy trochę podziałać”. Organizacja opieki w szpitalu nad dzieckiem, a my z Emilem pojechaliśmy do gabinetu.

Jak się wtedy czułaś?

Byłam przerażona. Dopóki nie zaczyna się leczenia, mamy wizualizację osoby onkologicznej teatralną bądź filmową, czyli łóżko, bladość cery, łysą głowę. To jest widok, który, jak myślisz „rak” – pojawia się. I od tego się zaczęło. Pojechaliśmy do gabinetu. Niewiele z tej rozmowy pamiętam. Usłyszeliśmy, że jest to wieloogniskowy rak piersi. I aby nie było za łatwo – z przerzutami do węzłów chłonnych. Potem już nie wiem, co lekarz i Emil mówili, bo wpadłam w panikę, histerię. Pamiętam jednak, że lekarz powiedział, że rak piersi zaczyna być chorobą trochę przewlekłą, że ogarniemy, że będę tańczyła na weselu syna. To pamiętam.

W jakim stopniu ta diagnoza potwierdzona biopsją była początkiem walki z rakiem piersi?

Tak, to był początek. Pamiętam, że była środa i pamiętam, że wszystko szybko zaczęło się dziać. Tak naprawdę megaszybko, bo już gdy byłam w środę u lekarza, miałam robioną mammografię. Następnego dnia byłam ponownie i zaczęła się lawina. Natomiast tego pierwszego dnia wróciłam jeszcze do syna. Wiedziałam, że nie chcę zostać w domu, bo wtedy nic się nie zadzieje, tylko będę siedziała i płakała. Pojechałam spać do szpitala do mojego dziecka. W aucie do moich czterech przyjaciółek wysłałam taki raport: „Potwierdziło się. Mam raka. W poniedziałek zaczynam chemię. Później będę miała operację. Będę łysa”. I kropka, koniec. To była informacja do moich przyjaciółek, które przez kilka godzin się do mnie nie odzywały, bo nie wiedziały, co zrobić. Tak naprawdę się nie dziwię.

Co jeszcze pamiętasz z tego dnia?

Pamiętam jeszcze zdanie mojego męża, jak wsiedliśmy do auta, zapłakani. Popatrzył na mnie i powiedział: „Oczywiście, ja pająka nie mogę mieć, ale ty raka możesz”. I to było pierwsze rozluźnienie sytuacji, aby przetrwać. Następnego dnia zaczęły się kolejne badania. Czwartek, piątek – miałam tych badań na pęczki, ponieważ miałam już w poniedziałek wystartować z chemią.

Rzeczywiście bardzo szybko.

W środę mam diagnozę, w czwartek i piątek mam wszystkie badania. W poniedziałek jestem już w innej placówce ze wszystkimi wynikami i zaczynam chemię.

9

18 listopada 2017. „Cześć! Nie wiem, czy to wpływ leków, czy Wasze wsparcie, ale COŚ zadziałało na tyle, że dziś czuję się dobrze! Wczoraj miałam mega mdłości, ale i tak poszłam spać dosyć późno, bo ok 22, a wcześniej po chemii ok 19 byłam już nieprzytomna”.

Z tej perspektywy jak patrzysz na to? Czy było to dobre, potrzebne, że tak szybko się wszystko działo?

Tak, bo tego myślenia i tak było za dużo. To było podejście zadaniowe. Pamiętam, jak przyszłam w czwartek do mojego lekarza i on siedział przede mną, i mówił mi o tych wszystkich rzeczach, które miałam zrobić. Patrzyłam na niego i w ogóle nie wiedziałam, co do mnie mówi. Ale to jest na tyle normalny człowiek, że powiedział: „Ty sobie tutaj płacz, a ja ci piszę na kartce, co masz zrobić”. Więc naprawdę przez totalny przypadek trafiłam do lekarza, który ogarnął całe moje wtedy dotychczasowe życie. To było pierwsze szczęście na mojej trudnej drodze, którą rozpoczynałam.

Jak wtedy zorganizowałaś swoje życie? Miałaś syna. Miałaś męża. Miałaś pracę.

I tutaj tak naprawdę od samego początku okazało się, że to nie jest choroba tylko kobiety. Tutaj choruje już cała rodzina. Logistyka życia kobiety jest taka, że zawsze wszystko ogarnia. Ma wszystko zaplanowane z zegarkiem w ręku. Wie, gdzie pojechać i zawieźć, po co i dlaczego. Nagle lawina spadła na mężczyznę. To było trudne zarówno dla mnie, jak i dla męża, żeby tę nową rzeczywistość zacząć organizować. Już wtedy pracowałam praktycznie u siebie, bo prowadziłam własną działalność.

PIERWSZE STARCIE Z RAKIEM

Co się wydarzyło w dniu Twojej pierwszej chemii?

Pamiętam pierwsze wyniki. Pierwszą wizytę w szpitalu. Mnóstwo niepewności. Już się zaczynało bieganie od gabinetu do gabinetu. Gubienie się po korytarzach. Po pierwsze – przed rozpoczęciem chemii musisz wiedzieć, na jakim etapie jest twoja choroba. Po drugie – przede wszystkim trzeba sprawdzić serce, bo chemia bardzo je obciąża. Wyniki krwi, EKG, EEG i inne jeszcze badania. Jak już są wszystkie wyniki, dopiero można zacząć się relaksować na leżance w oczekiwaniu na „czerwone szczęście”.

Na swoim blogu „Cześć – mam raka” pisałaś o rundach, jakie staczałaś z chemią. Pierwsza z czterech, pierwsza z dwunastu.

Tak, u mnie leczenie było wdrożone w postaci czterech wlewów chemii czerwonej. Później miałam dwanaście chemii białych. W sumie miałam szesnaście wlewów. Faktycznie to były takie rundy w ringu. Zwłaszcza pierwsza chemia – czerwona – to jest ta chemia, która ma zniszczyć raka. Z drugiej strony to jest chemia, która ci wyniszcza cały organizm. Porównuję nadal chemię czerwoną do Domestosu, który ma usunąć świństwo, ale przy okazji płynie przez całą resztę i nadgryza to, co jest dobre, zdrowe. To samo jest z chemią czerwoną. Ona nas osłabia i wyniszcza, pomimo że walczy z chorobą. I pierwsza chemia była dla mnie bardzo trudna.

Co się wtedy działo?

Podczas wlewów i podawania chemioterapii w pomieszczeniu nie może być nikt zdrowy. Mój mąż był ze mną do momentu, kiedy przyszła pani i powiedziała: „Wkłuwamy”. Tutaj zostajesz sama ze sobą i jeszcze z włosami. Rozglądasz się i widzisz kobiety bez włosów i pielęgniarki w kombinezonach, bo miały środki ochrony w postaci fartuchów, maseczek. To jest dużo. Zwłaszcza że ja przez całe swoje trzydziestojednoletnie życie słyszałam, że jestem za młoda na to, aby robić sobie USG. Sama wykryłaś raka.

Sama wykryłaś guza. Prowadziłaś samobadanie czy po prostu myłaś się i go znalazłaś?

Nie, to była konsekwencja tego mojego zdziwienia, że jedna pierś strasznie mi zaczyna wystawać ze stanika. Robi się charakterystyczna bufka tylko w jednej piersi. Więc myjąc się, znalazłam guza. Jak się okazało, to nie był pierwszy guz, tylko kolejny. Mój pierwszy główny guz był pod sutkiem. Z racji tego, że miałam spore piersi, to tego guza pod sutkiem w ogóle nie miałam prawa wyczuć. Więc dopiero wyczułam guza kolejnego.

Drugi guz na szczęście był bliżej skóry.

Tak, i tego wyczułam. Podczas wizyty u ginekologa miałam pokazywane samobadanie, ale też w okresie dojrzewania czy szaleńczych czasach studiów i liceum, buntów czy pierwszej pracy nie badałam się zbyt często. Nikt mnie nie kierunkował, że samobadanie jest ważne i żeby je robić często. Z drugiej strony, jak się chodziło do lekarza i mówiło, że miałam robioną cytologię dwa lata temu i może zróbmy USG,
słyszałam: Coś boli panią? Pani jest młoda, nie potrzebuje pani. Jak będzie panią bolało, zrobimy. To jest takie klasyczne podejście. Ma pani tyle lat, to po co to pani?

„Udało mi się przeżyć kolejny rok. Wiele się zmieniło, bagaż doświadczeń jeszcze większy, niż był. Jedno jednak nie zmieniło się na pewno: Chcę żyć i czerpać z tego mojego życia garściami. Tyle, ile jest mi dane – żeby niczego nie żałować i za niczym nie tęsknić…”.

MAM RAKA Z ŻYCIA

Czy była znana przyczyna raka piersi?

Nie. Mam genetykę czystą. Ja mam raka z życia.

Co to znaczy „rak z życia”?

Tłumaczę sobie tak, że mój rak spowodowany jest głównie stresem i trochę jest związany z wybuchem elektrowni atomowej w Czarnobylu. Wiem, że są różne teorie związane z wybuchem w elektrowni, ale ja jestem rocznik 86 i równo trzy miesiące po wybuchu w Czarnobylu się urodziłam. Na pewno dla mnie dużym uwarunkowaniem jest stres, który łączę dokładnie z porodem mojego dziecka. Miałam bardzo trudny poród, podczas którego usłyszałam „Musi być pani przygotowana na urodzenie martwego dziecka”. To było epicentrum stresu w moim życiu. Te dwie rzeczy ze sobą łączę. Z jednej strony obciążenie czarnobylskie – jestem rocznikiem Czarnobyla. Z drugiej strony przebodźcowanie stresem. I mamy niespodziankę.

4

12 kwietnia 2018 roku. „Mam to! 12/12!!! Ostatnia chemia. Ostatnia – mam nadzieję. Radość kipi mi uszami. Ulga. Cholerna ulga, że to ostatni wlew. Kończę dziś etap pierwszy walki z Draniem”. – z bloga Pauli „Cześć-Mam raka”.

Jak długo trwała chemioterapia? Te dwie tury – czerwona i biała, które brałaś.

Czerwona chemia to są naprawdę rundy. To, że jedziesz do szpitala w konkretnym terminie, nie oznacza, że dostaniesz dawkę chemii. Musisz mieć dobre wyniki, zwłaszcza krwinek białych i czerwonych, żeby móc przystąpić do wlewów, do podania kolejnej dawki chemii. To, że o godzinie siódmej czy ósmej stawiasz się w szpitalu i masz pobieraną krew, wcale nie oznacza, że o godz. 13 będziesz mieć tę chemię podaną.

Zaczynałaś chemioterapię w październiku.

Od razu mamy jesień, zimę, sezon chorobowy z obniżoną odpornością. Cały czas byłam wśród dzieci, bo nie zrezygnowałam ani z pracy ani z aktywności, które wykonywałam w tamtym czasie. Do końca roku 2017 pracowałam cały czas przy projekcie „Wyciągamy dzieci z bramy”. Całą czerwoną chemię, pierwsze i najgorsze starcie, jeździłam do pracy. Pracowałam wśród dzieci na ulicy i wykonywałam swoje obowiązki. Z założenia miałam, że przystępuję do chemii, co 3 tygodnie. Zaczęłam ją w październiku i miałam kilka przesunięć. Wydaje mi się, że skończyłam w styczniu. Od lutego zaczęłam chemię kierunkową białą, czyli kolejne dwanaście wlewów, co tydzień czy dwa tygodnie.

Kiedy skończyłaś brać chemię białą?

Operację piersi miałam na początku czerwca 2018 roku, czyli gdzieś do połowy maja miałam chemię białą (od red. do połowy kwietnia). Pamiętam, że byłam umówiona na SMS-a, że jak już będę dostawała ostatnią dawkę, daję znać lekarzowi, aby wyznaczył mi termin operacji. Mieliśmy dać sobie 2-3 tygodnie, aby organizm odpoczął.

PRAWDZIWA WALKA

Na blogu pokazałaś zdjęcia, jak Emil – twój mąż – ścina Ci włosy w łazience, a potem goli głowę.

Tak, pokazałam, i to był pierwszy trudny moment choroby, bo dopóki ma się włosy, można udawać przed światem i przed sobą, że jest OK. Rak jest trudną chorobą – to oczywiste, ale też wredną chorobą, której nie da się ukryć. Która obnaża cię przed całym światem. Pokazuje – tak, jestem teraz słaba, tak, teraz jestem chora. Tego się nie da ukryć. Czy założysz perukę, czapkę czy chustkę, to widać już tę chorobę. Większość chorób możesz ukryć. Udawać, że jest OK. Nie musisz się przyznawać. Możesz walczyć sama ze sobą albo z najbliższymi. A rak jest taką chorobą, która cię ze wszystkiego „obiera” na dzień dobry i musisz się przyznać przed światem, że walczysz, że chorujesz. Przez pierwsze dwa tygodnie od diagnozy totalnie umierałam. To jest chorobą, na którą się umiera. Płakałam nocami, pisałam listy pożegnalne do osób, z którymi chcę się pożegnać. To były trudne dwa tygodnie. I włosy zaczynają wypadać pomiędzy drugim a trzecim tygodniem od pierwszej chemii.

8

1 listopada 2017. „Zaczyna się ten czas, którego bardzo się bałam. Bałam się swojej reakcji na coś, co oczywiste było od samego początku. Mam umowę z Mężem, że jak zaczną wypadać mi włosy ścinamy je maszynką. Otóż zaczęły. Pomimo nowych czapek i kolorowych chust na głowę popłynęły łzy”. Z bloga Pauli „Cześć-Mam raka”.

Mam wrażenie, że to przychodzi bardzo szybko…

To jest bardzo szybko. Miałam chemię co 3 tygodnie. Tuż przed drugą chemią zaczęły mi wypadać włosy. Pamiętam, że w pierwszym tygodniu, jak miałam podaną chemię, byłam umówiona do fryzjera, aby podciąć włosy. Skrócić je, bo były do ramion i aby szok wypadania włosów był mniejszy. Pamiętam też moment, kiedy w ręku zauważyłam znaczną ilość włosów. Byłam wtedy w świetlicy środowiskowej, w której przebywałam z dzieciakami. Przeczesując włosy, miałam ich kępkę w ręku. Uzgodniłam z moim mężem, że jak zaczną wypadać, tniemy na zero. Pomimo że były te ustalenia i niby człowiek był przygotowany na to, moment, który nadszedł, to była miazga. Pamiętam ten wieczór, kiedy leżałam oparta głową o zlew i już nawet nie płakałam. Ja wyłam. Emil golił mnie maszynką. Nie sądziłam, że to mnie nadal tak rusza. Ale rusza. Ciekawe, czy kiedyś przestanie… (płacz). Myślę, że to był dla wszystkich trudny moment. Od tego dnia naprawdę zaczęła się walka.

Ta prawdziwa walka, o której mówisz, zaczęła się od pierwszej chemii?

Pierwsza chemia i ścięcie włosów. Już nie da się oszukiwać ani siebie, ani innych, że jest OK, że jest lekko po chemii. To był też ważny moment. Mam taką wewnętrznie teorię, że zdrowy człowiek, jak będzie leżał całymi dniami w łóżku, nie będzie wychodził z domu, nie będzie organizował sobie czasu, prędzej czy później tak się wyniszczy, że umrze. Tym bardziej osoba, która ma trudności i kłody rzucane pod nogi, takie jak chociażby choroba. Uważam, że głowa to jest połowa sukcesu. Jeżeli staniesz przed lustrem i powiesz – nie, to się nie uda i kładziesz się i umierasz, to umierasz. Prędzej czy później z tego poddania i braku walki zaczniesz się wyniszczać do momentu, w którym nie dasz rady z tego wyjść. To był moment, kiedy faktycznie stanęłam przed lustrem i nakrzyczałam na siebie. Powiedziałam sobie, że trzeba zakasać rękawy i lać raka po ryju. Trzeba być tak brutalnym, jak on jest brutalny wobec mnie.

Miałaś hasło na Facebooku „Raku, wypierdalaj, a sio…”

To był moment, w którym dużo musiało się zadziać w mojej głowie, żeby walczyć. Zwłaszcza że jestem osobą aktywną. Od razu jak dostałam diagnozę, dzwoniłam do koordynatorów projektów, zapłakana, zaszlochana mówiłam, że mam raka i co dalej? Czy mam rezygnować z tego projektu, w którym jestem od maja, a teraz mamy październik? Projekt „Wyciągamy dzieci z bramy” trwał do grudnia. Dzieciakom trzeba wytłumaczyć, co się dzieje. Przed chwilą widziały uśmiechnięta panią z długimi włosami, a za chwilę będzie pani bez włosów, w czapkach. To nie są proste rzeczy.

A Ty chciałaś pracować?

Tak. Potrzebowałam zadań. Na szczęście pierwsze, co powiedzieli, to: „Mamy nadzieję, że nie rezygnujesz”. Zostały ustalone warunki. Jak budzisz się i czujesz, że nie jesteś w stanie ruszyć nogą, to nie idziesz do pracy, odpuszczasz. Na ulicy pracowaliśmy parami, więc moja para – Magda też wiedziała, jaka jest sytuacja. Myślę, że dla Magdy to też było bardzo trudne. Od maja do grudnia pracując ze sobą po kilka, kilkanaście godzin, bardzo się zżyłyśmy. Z relacji, gdzie wszyscy jesteśmy zdrowi i szczęśliwi, obchodzimy swoje urodziny, z dnia na dzień przychodzisz do niej i mówisz: „Mam raka”. I ona też nie wie, co zrobić. Nie wiesz, co powiedzieć w takiej sytuacji. Nikt nie wie. „Przykro mi, będzie dobrze” – nic nie brzmi OK.

6

5.11.2017. „Pierwsza doba po chemii jest ciężka. Czuję się jak wrak, kupa, czy cokolwiek innego. Jestem słaba, mdli mnie, kręci mi się w głowie, dużo śpię”.

Jak się czułaś fizycznie i psychicznie w trakcie chemioterapii?

Przez pierwsze 4-5 dni totalnie mnie nie było. Byłam osłabiona, nie miałam siły ruszyć ręką, snułam się i byłam blada. Jadłam, bo wiedziałam, że muszę cokolwiek zjeść, aby funkcjonować, mieć lepsze wyniki i wziąć kolejną chemię. Dom ogarniał mój mąż, rodzina i znajomi, którzy byli wokół mnie. Z chemii odwoził mnie mąż lub tata. Łóżko i mnie nie było. Tak wyglądało moje kilka dni po chemii. Dopiero następny tydzień to był czas, kiedy funkcjonowałam. Mogłam iść do pracy i spotkać się z ludźmi. Ale ten pierwszy tydzień dla mnie, osoby, która zawsze była aktywna i w ruchu, to była mordęga. Jeszcze te procedury, które się ma, wychodząc ze szpitala po chemii i mając dziecko w domu. Maseczka na twarzy, nie dotykasz dziecka, rękawiczki na dłoniach. Odkażasz deskę klozetową, wannę, bo porami z potem wychodzi chemia. Nie chcesz narażać dziecka, aby miało jakikolwiek kontakt z tą chemią.

Rzadko się o tym mówi, słyszę o nich pierwszy raz od Ciebie.

Też tego nie wiedziałam. Nikt o tym nie mówi, dopóki nie musisz tego robić. Masz dziecko w domu. Wracasz ze szpitala. Dziecko chce się do ciebie przytulić. Ty mówisz, przepraszam, nie możesz się do mnie przytulić. To jest kolejny aspekt. Miałam wtedy dziecko 4-letnie, które nie rozumiało, co się ze mną działo. Mojemu dziecku tłumaczyłam w taki sposób, aby rozumiało. Co czterolatek ogarnia? Boli mnie głowa. Boli mnie brzuch. Jestem bardzo zmęczona. To są słowa, które on sam jest w stanie zrozumieć i do siebie odnieść.

Co Ci wtedy pomagało?

Wtedy już był włączony syndrom walki. Dwie doby po wyjściu ze szpitala mam rękawiczki, maseczkę, odkażam każdą powierzchnię, której dotknęłam. Dwie nocy w osobnym pokoju i innym łóżku. Nie wiem, czy to była przesada, czy nie, ale jak słyszysz od lekarza i pielęgniarek: „Pijesz dużo, aby to jak najszybciej wysikać, wypocić, ale z twoim potem też wychodzi chemia, więc ogranicz kontakty ze swoim dzieckiem, nie przytulaj go”, chcesz, aby jak najmniej to dotknęło twoich bliskich.

PIERWSZA OPERACJA PIERSI

Kiedy w czerwcu 2018 miałaś zaplanowaną już operację, wiedziałaś, że to będzie całkowite usunięcie piersi? Czy była możliwość operacji oszczędzającej?

O operacji oszczędzającej nie było mowy w moim przypadku. Podobno jest zasada, że 1/4 zaatakowanej piersi klasyfikuje ją do operacji oszczędzającej. Jeżeli mamy więcej, jest operacja całkowitego usunięcia piersi. A ja miałam rozrzucone guzy na ponad połowie piersi.

Ile miałaś guzów w piersi?

Miałam trzy czy cztery guzy i zaatakowane węzły chłonne. Stąd od razu wiedziałam, że będę miała usuwaną całą pierś. Aczkolwiek nie dopuszczałam do siebie opcji, że nie będę miała jednoczesnej rekonstrukcji. Im było bliżej operacji, konsultacji i przygotowań do operacji, tym częściej były rozmowy, że jednak może się nie udać zrobić rekonstrukcji jednoczesnej, bo po chemioterapii organizm jest wyniszczony
i reaguje różnie. Tak naprawdę mój lekarz podejmował decyzję już na stole operacyjnym. Idąc na operację, byłam przygotowana, że może być tak, że będę miała usuniętą pierś i włożony ekspander do rozpychania mięśnia, aby zrobić sobie jeszcze jedną osłonę między skórą a implantami. Ale może być też tak, że będziemy pół roku czekać, aby ten implant można było włożyć. Nie wiedziałam, czy się budzę z piersią, czy bez piersi.

Paula Kampania Bodypainting

19 października 2019 roku. Bodypaintingowa kampania społeczna „Żyję pełną piersią – nie dam się rakowi”, w której Paula wzięła udział po pierwszej operacji rekonstrukcji piersi. Foto: Fundacja Arena Świat

Czy operacja piersi była z jednoczesną rekonstrukcją?

Tak i to mojej głowie dało dużo. Natomiast przeszczep sutka się nie przyjął. Samo zagojenie blizn pooperacyjnych, implantu było stosunkowo szybkie. W ciągu miesiąca wszystkie szycia się zagoiły. Natomiast miałam otwartą ranę na sutku, ponieważ sutek się nie przyjął w ponad połowie. Wdała się zamartwica. Wszystko zaczęło odpadać, więc miałam otwartą ranę przez trzy miesiące. Tutaj była walka o to, aby się zagoiło. Oczywiście z dwojga złego super, że się przyjął implant, a tylko ozdoba się nie przyjęła. A nie odwrotnie, bo gdyby się nie przyjął implant, musiałabym mieć szybko usuwany. I ta jedna bitwa na półmetku była zakończona.

Bardzo szybko wyszłaś ze szpitala. Po jednej dobie od operacji. Tak jest zazwyczaj?

Rzeczywiście jednego dnia miałam operację, a następnego dnia wychodziłam. To zależy od szpitala, w którym jesteś, od tego, jak ma podpisaną umowę z NFZ i od procedur wewnątrzszpitalnych. Co zresztą odbiło się bardzo mocno przy tej drugiej operacji piersi. Teraz idąc nóżka za nóżką z przyjacielem woreczkiem ze sobą, po prostu wyszłam ze szpitala.

Czyli wychodzisz ze szpitala z drenem włożonym do piersi?

Tak i jeździsz na kontrolę co 2-3 dni, aby zobaczyć, ile płynu surowiczego wypływa jeszcze z piersi po operacji. Czy wszystko jest OK? Czy nie ma stanów zapalnych? Miałam szybką opiekę w szpitalu i okres dochodzenia w warunkach, które mi odpowiadają, czyli w domu. W swoim tempie i w swoim otoczeniu. Wyszłam ze szpitala w środę lub w czwartek. W sobotę był festyn rodzinny w szkole mojego dziecka. Tak, byłam na nim. Pamiętam, że miałam bawełnianą białą torebkę na zakupy. W tej torebce miałam dren i woreczek, pojechałam na piknik rodzinny mojego syna do przedszkola. Starałam się na tyle, ile mogłam, wracać do życia. Do tego, że coś muszę, coś mogę. Coś chcę i działam.

paula

„Za przeżycie pierwszego starcia z rakiem sprawiłam sobie tatuaż!
To moja nagroda za walkę – jeden z ważniejszych prezentów”.
Foto: Emil Palenica Photography.

Czy po rekonstrukcji piersi miałaś jeszcze inne leczenie onkologiczne?

Nie. Miałam usuniętych kilka węzłów chłonnych i usuniętą całą pierś. Już przy badaniu przedoperacyjnym nie miałam żadnego guza w piersi. Wszystkie się „wciągnęły”, bo chemia zadziałała. Natomiast procedury są takie, że tam, gdzie były, trzeba usunąć tkanki, bo nie wiadomo, czy wszystkie komórki rakowe są zniszczone. W tym tylko kilka węzłów chłonnych – na szczęście. Bałam się, że moja ręka nie będzie sprawna, jeżeli usuną mi węzłów więcej. Jak nie miałabym jej sprawnej choćby w 80% – tak jak teraz, byłby problem przy manualnych pracach czy przy malowaniu twarzy. Moją codziennością jest praca warsztatowa z dziećmi, a także organizacja eventów – mniejszych i większych. Brak sprawnej ręki uniemożliwiłby mi pełną aktywność zawodową.

Do przeczytania drugiej części rozmowy zapraszam słowami Pauli z jej bloga „Cześć – Mam raka”: „Udało mi się przeżyć kolejny rok. Wiele się zmieniło, bagaż doświadczeń jeszcze większy, niż był. Jedno jednak nie zmieniło się na pewno: Chcę żyć i czerpać z tego mojego życia garściami. Tyle, ile jest mi dane – żeby niczego nie żałować i za niczym nie tęsknić…”. ■

Wszystkie zdjęcia i cytaty pochodzą z bloga Pauli „Cześć – Mam raka” i opublikowałam je za zgodą autorki.
Rozmowa ukazała się w jesiennym wydaniu magazynu Modna Bielizna nr 90/2020.